Kolejny
ranek, rozpoczynający kolejny nudny dzień. Wstaję jak co rano i idę do
łazienki. Spoglądam w lustro i widzę zwykłą nastolatkę o intensywnie błękitnych
oczach i długich, potarganych blond włosach. Myję twarz w lodowatej wodzie i
przecieram ręcznikiem. Patrzę prosto w swoje podkrążone oczy. Znowu miałam
koszmary. Pewnie krzyczałam przez pół nocy, ale sąsiedzi są już do tego
przyzwyczajeni. A rodzice... Cóż mama musi się opiekować moją młodszą siostrą.
Jest bardzo zapracowana, więc zmęczona pewnie nawet się nie obudziła. A
ojciec... Nie mam ojca. W sumie to prawdziwej mamy też nie.
Zostałam zaadoptowana zaraz po urodzeniu.
Przejęłam nazwisko po mojej drugiej mamie, która mnie pokochała i wychowała.
Moje nazwisko to Swan. Tak, jestem Lilly Swan, choć pod żadnym względem nie
przypominam łabędzia. Tak, to ja jestem tą szkolną niezdarą. Ciągle tylko się
potykam o swoje nogi i zanim się obejrzę ląduję w szpitalu. W trzeciej klasie
po upadku na wf-ie stwierdzono u mnie nawet wstrząs mózgu, ale jakoś z tego
wyszłam. Szczerze mówiąc mam już tego fajtłapstwa serdecznie dosyć.
Tym oto stwierdzeniem kończę użalanie się nad
sobą i podchodzę do szafy. Nie ma tam zbyt wiele ubrań. Nie kręci mnie
chodzenie po galeriach i przymierzanie ciuchów. Te, które już mam, są w
kolorach czarnych i białych. Tak więc zakładam na siebie czarne legginsy, białą
podkoszulkę, a na to czarny top i wygodne buty do biegania. Teraz zabieram się
za włosy. Rozczesuję je i próbuje jakoś spiąć, ale po kilku próbach rezygnuję.
Idę
do kuchni i robię sobie śniadanie. Alice siedzi przy stole.
- Mama już poszła do
pracy. - wyjaśnia - ja dopiero co zjadłam śniadanie.
- Dobrze, to szykuj
się do szkoły. Ja muszę jeszcze zadzwonić w kilka miejsc i znaleźć wreszcie
jakąś dorywczą pracę.
- Chętnie ci pomogę.
-Nie trzeba. Świetnie
sobie radze.
- Lilly, ja już nie
jestem małą dziewczynką. Mam trzynaście lat i widzę jaka jest nasza sytuacja.
Wiem, że mamy mało pieniędzy. Dlatego mama tyle pracuje, a ty jej we wszystkim
pomagasz. I tak bez pilnowania mnie macie zdecydowanie za dużo na głowie. Nie
martw się o mnie. Mogę zrobić dzisiaj obiad i poszukam różnych ogłoszeń w
internecie. Może coś i dla mnie się znajdzie. A ty obowiązkowo musisz się
rozerwać. Pracujesz więcej od mamy. Młodsza siostra rozkazuje ci umówić się z
koleżankami albo jakimś chłopakiem.
- Wow, Alice. Ale
przemówienie. Ile nad nim pracowałaś? – zażartowałam
- Lilly, to poważna
sprawa. Naprawdę musisz trochę odpocząć.
- Dobra, zobaczymy. -
z udawanym uśmiechem wyszłam z kuchni i ubrałam kurtkę. Jak na kwiecień było
jeszcze dosyć chłodno.
Wyszłam
na dwór. Podmuch wiatru rozwiał mi włosy. Przeszłam przez pasy i skierowałam
się w stronę tej nieszczęsnej szkoły. Ktoś z tyłu zatrąbił i obejrzałam się za
źródłem hałasu. To był wielki błąd. Po chwili wylądowałam tyłkiem na ziemi.
Znowu wpadłam na kogoś. Poczułam zapach całkiem niezłych, męskich perfum.
- Przepraszam -
mruknęłam cicho i zaczęłam się podnosić.
- Zaczekaj to ja
przepraszam. Pomogę ci. - spojrzałam w górę i zaraz tego pożałowałam.
Nade
mną stał chłopak o brązowych oczach, ciemno-miodowych włosach i bardzo miłej
twarzy. Wyciągał do mnie rękę. Od razu spuściłam wzrok. Zarumieniłam się.
Wstałam i otrzepałam się z kurzu. Poczułam coś ciepłego na przegubie prawej
ręki. Cholera. Musiałam skaleczyć się o jakiś kamień i teraz szkarłatne krople
krwi skapywały ciurkiem a ziemię.
- Ojej, nic ci nie jest?
- Nie, wszystko w
porządku. Muszę już iść.
- Poczekaj, chcesz się
wykrwawić na śmierć? Nie chcę mieć na sumieniu dziewczyny. Zwłaszcza takiej
ładnej jak ty. –wyjął z kieszeni chusteczkę i obwiązał dookoła mojego
nadgarstka.
- Dzięki za pomoc, ale
muszę lecieć.
- Poczekaj. Idziesz do
O’ Dea High School? - spytał
- Tak- odpowiedziałam
z zaskoczeniem
- Może, jeśli byś chciała,
pójdziemy tam razem? - zmieszał się.
- Tak... Jasne - pomyślałam,
że warto poznać kogoś nowego i, jak to ujęła Alice, rozerwać się trochę, wyrwać
z tej nudnej rzeczywistości.
Powoli
ruszyliśmy w stronę znienawidzonej szkoły pełnej przeszkód, dla takiej niezdary
jak ja, w postaci tłumu, ławek i koszów na śmieci. Szliśmy w niezręcznej ciszy.
Po chwili mój towarzysz odezwał się.
- Wiesz co…? Chyba musisz się przewrócić
jeszcze raz... - zrobiłam zdziwioną minę - Zapomniałem ci się przedstawić -
wyjaśnił. - Jestem Eric. Eric Able. A ty?
- Lilly Swan...
- Pasuje do ciebie. -
wypalił. - Jesteś piękna...
-Dziękuję. -
zarumieniłam się - Pewnie słyszałaś to już tysiące razy...
-Nie. - zatrzymałam
się - gdybyś mnie znał, nigdy byś tak nie powiedział.
- A to dlaczego? -
udał oburzenie
- Pięć minut temu
widziałeś właśnie jeden z przykładów mojej niezdarności. Jestem chodzącą
katastrofą.
- Każdemu się mogło
zdarzyć. - odparował - A poza tym idziemy już dosyć długo i nawet się nie
potknęłaś.
- Idziemy po prostej powierzchni i dość wolno.
- nie wiadomo po co broniłam swoich przekonań jak lwica.
- O
matko! - Spojrzałam na zegarek - za trzy minuty zaczynają się lekcje. Co masz
teraz?
- Angielski. A ty?
- Też.
- Biegniemy.
- Co? Ale ja nie dam
rady. Tylko sobie zrobię krzywdę.
- Nie pozwolę ci. Złap
mnie za rękę. - ruszył biegiem pociągając mnie za sobą. Po dwustu metrach
zatrzymał się. W tym czasie zdążyłam zaliczyć kilka potknięć.
- Masz rację. Tak się
nie da. - już miałam powiedzieć ,, a nie mówiłam,, ale podszedł bliżej i wziął
mnie na ręce.
- Hej! Co ty robisz?
- Chcesz się spóźnić
na angielski? To będzie moja pierwsza lekcja w tej szkole. Z tobą na rękach
dobiegnę szybciej, niż z tobą na ziemi. – zażartował, a ja parsknęłam śmiechem.
Byłam w niego tak wpatrzona, że
nawet nie zauważyłam, kiedy przekroczyliśmy próg szkoły. Jego oczy błyszczały
jak dwa, wielkie bursztyny. Kryło się w nich ciepło i, może to tylko moja
wyobraznia, ale gdy patrzał na mnie widziałam w nich takie dziwne… iskierki?
Tak, iskierki to chyba dobre określenie.
Postawił
mnie na ziemi i razem, bez potykania, pobiegliśmy przez korytarz. Wpadliśmy
równocześnie do klasy. Wszyscy w pomieszczeniu zamarli i wpatrywali się w nas z
niemym zdumieniem.
- Przepraszamy za
spóźnienie – odezwał się Eric – To moja wina. Zagadałem Lilly i jakoś tak
wyszło. Nazywam się Eric Able. Jestem tu
nowy.
- Z racji tego, że
jesteś tu po raz pierwszy, daruję wam spóźnienie. – profesor Patil spoglądał na
nas znacząco – Usiądźcie w tylnej ławce. – pospiesznie wykonaliśmy polecenie
nauczyciela. Po sali przebiegły podekscytowane szepty. Hannah Bedbug,
przewodnicząca Samorządu, rzuciła mi miażdżące spojrzenie.
Oczywiście nie pomyślałam o niej.
Hannah Bedbug. Szkolna gwiazda, zwyciężczyni tysiąca konkursów, przywódczyni
szkolnej bandy wyczynowców, licealna miss piękności skłonna do poniżenia nawet
głazu, stojącego przed wejściem do jej wspaniałego, drogiego domu. Cóż mogę
począć? Przecież to ja zawsze będę tą biedną niezdarą ukrywającą się na
przerwach w miejscu, którego nikt nie znajdzie. Tak. Dach szkoły to jedyne
miejsce, gdzie nikt mnie nie widzi. Nikt nie ma tam wstępu.
Teoretycznie nawet ja nie mogę tam wchodzić,
ale pewnego dnia, na początku tego roku szkolnego sprzątaczka zgubiła stary,
zardzewiały klucz, który aż krzyczał, by sprawdzić do czego pasuje i tak się
jakoś złożyło, że od października nikt oprócz mnie go nie używał. Pomyślałam,
że aby uniknąć konfrontacji ze wściekłą miss idealną, udam się tam od razu, gdy
zadzwoni dzwonek na przerwę.
Byłam spakowana minutę przed czasem.
Gdy rozległ się dźwięk oznaczający przerwę rzuciłam się do drzwi. Kątem oka
zauważyłam jeszcze jak Hannah podchodzi do Erica i prawdopodobnie prawi mu
jakieś słodkie komplementy.
Dwie minuty później już spoglądałam
na zabiegane Seattle. W dali było widać mewy nad jedną z zatok Puget Sound. Od
wielu dni nie mogłam spokojnie odetchnąć. Miło jest czasem poczuć ulgę. Moja
siostra miała rację. Muszę się wyluzować i odpocząć. To wszystko mnie przytłacza.
- Przepraszam, nie wiedziałem, że
zajęte. – w moich uszach zabrzmiał znajomy głos. Ja chyba naprawdę postradałam
zmysły. Przecież on wyjechał. Miał wrócić dopiero w…
- Kwietniu! – ostatnie
słowo wypowiedziałam na głos. Obróciłam się błyskawicznie. Zamarłam. Stał tam.
Żywy i prawdziwy. Taki, jakim go zapamiętałam. Włosy podniesione na żel,
kolczyk w uchu, czarna bandanka na ręce i ten porażający uśmiech. Gdyby nie był
moim najlepszym przyjacielem na pewno robiłabym do niego maślane oczy, ale w tym
przypadku to nie wchodzi w grę. Wreszcie się ocknęłam i zerwałam na nogi.
-Thomas! Wróciłeś! O
matko! Zapomniałam na śmierć.
- Nie ma sprawy. Można
się do tego przyzwyczaić. – mruknął pod nosem – Mam dla ciebie ważną wiadomość.
Niejaki nowy obiekt westchnień w naszej szkole cię szuka. Widzę, że coś tu się
kroi. Chodź. Pójdziemy do stołówki i wszystko mi opowiesz.
- Więc jak to było? Opowiesz mi?
- Jasne – nareszcie
mogłam komuś zaufać i o wszystkim opowiedzieć. Zaczęłam od tego, że bez mojego
najlepszego przyjaciela, drugiego obiektu pożądania, ledwo sobie radziłam.
Potem opowiedziałam o pogarszającej się
mojej sytuacji finansowej. W końcu o powiedziałam o dzisiejszym poranku.
Po długiej historii zapadło jeszcze dłuższe milczenie.
- A więc ktoś się dostawia
do mojej najlepszej przyjaciółki? Niech ja tylko znajdę tego pięknisia…
- Nie wygłupiaj się.
Ja.. Ja go chyba kocham.. – wyznałam - Tylko mu nie mów…
- On na pewno wie i
się cieszy.
- Czemu tak sądzisz?
- Bo stoi za tobą i
się szeroko uśmiecha.
***
Odwróciłam
się jak na komendę.
- O matko, Eric, ale
mi głupio. Wybacz. Nie chciałam żebyś to usłyszał. - spanikowałam.
- Nic nie szkodzi.
Thomas, tak? Może mógłbyś nas zostawić samych?
- Ach, tak.
Oczywiście. Tylko pamiętaj, trzymaj łapy przy sobie, z daleka od mojej Lilly. -
próbował zachować powagę, ale gdy tylko na mnie spojrzał na jego twarzy wykwitł
rozbrajający uśmiech. Nie potrafiłam się na niego gniewać. Nigdy. Ale on nie
ruszał się z miejsca.
- Ekhm... - rzuciłam mu karcące spojrzenie.
- Dobra, spoko już
sobie idę. Rozumiem. Już spadam -
podszedł do stolika na przeciwko i opadł na krzesło. Nadal nam się uważnie
przyglądał.
- Co do tych słów...
Ja... Ja nie... Nie mogę. Tak się nie da. Czy on musi się tak na nas gapić? –
zirytowałam się.
- Masz rację. Idziemy
stąd. Tu jest za dużo ludzi.
Wyszliśmy
ze stołówki i skierowaliśmy się do wyjścia. Jak na złość przed szkołą siedział
nie kto inny jak Hannah Bedburg ze swoją liczną obstawą. Wszyscy przechodnie
omijali ich szerokim łukiem. W sumie to im się nie dziwię. Nigdy nie wiadomo,
czego się spodziewać po tej dziewczynie.
- Hej, Eric! Chodź do
nas!
- Chodźmy na chwilę.
Zobaczymy o co chodzi. - podeszliśmy do nich. Do osób, które przez ponad pół
roku mnie gnębiły i oczerniały. Do moich największych nieoficjalnych wrogów. Hannah
spojrzała na mnie z odrazą.
- A ty co tu robisz?
- Idziemy z Lilly do
mnie do domu. - jakby na potwierdzenie tych słów złapał mnie za rękę. Bedburg
rzuciła mi miażdżące spojrzenie.
- O jaka szkoda.
Idziemy dzisiaj na lody. Umówicie się kiedy indziej.
- Sorry, ale i tak wracam do domu. Muszę pomóc w
rozpakowaniu mebli. Mamy dużo do roboty.
- No cóż. Trudno,
słodziaku. - wzdrygnęłam się.
Pewnie to wyczuł, bo
powiedział:
- Trochę się
spieszymy. Coś jeszcze? - Nie odpowiedziała. Eric odwrócił się na pięcie i
pociągnął mnie za sobą.
Oczywiście
to nie mógł być koniec. Niespodziewanie Hannah wstała z ławki i przeszła obok
mnie. Szybkim ruchem podcięła mi nogi, a ja runęłam jak długa pociągając za
sobą Erica. Uderzyłam plecami o ziemię. Eric zdążył jeszcze wsunąć rękę pod
moją głowę chroniąc mnie przed wizytą w szpitalu. Nagle jego twarz znalazła się
zbyt blisko mojej. Nie mogłam oderwać wzroku od tych intensywnie czekoladowych
oczu. Wszystko wokół nas zamarło. Liczył się tylko on. Czułam jego ciepły
oddech na skórze. Jego usta zbliżyły się do moich. Po chwili nie mogłam się
skupić na niczym innym. Byliśmy tylko my. Lilly Swan i Eric Able. Nic nie miało
prawa przeszkodzić nam w tej cudownej chwili. Dookoła rozległy się brawa i
wiwaty. Zamknęłam oczy. Całował delikatnie, ale namiętnie. Po dłuższej chwili
oderwał usta od moich. Spojrzał na mnie i wyszeptał kilka dziwnych słów:
- Mera sundara. Maim tumhem kabhi nahim chorunga.
Dookoła
nadal rozbrzmiewały brawa. Pomógł mi wstać i otrzepać się z kurzu. Mocno mnie
przytulił. W jego objęciach czułam się tak bezpiecznie. Nigdy nie było tak
dobrze jak teraz. W końcu się odsunął, ale nadal trzymał mnie za rękę.
Rozejrzałam się. W tłumie dostrzegłam Thomasa. Uśmiechnęłam się do niego
promiennie, ale on tylko się odwrócił i wybiegł przez szkolną bramę. Nie miałam
szans go dogonić. Musiałabym się najpierw przycisnąć przez tłum, a potem pobiec
za nim sprintem. Dałam sobie spokój. Postanowiłam pogadać z nim jutro. Teraz
zamierzałam upajać się tą chwilą szczęścia.
- Chodź. Chyba, że
chcesz zostać tu przez cały dzień. - szepnął Eric i razem podążyliśmy w stronę Madison
Street.
***
- O
matko! To twój dom? – stanęliśmy przed jakimś nowo wybudowanym mini-pałacem.
- Tak. A co?
- Jest przepiękny. – Nawet
nie wyobrażałam sobie, że dom może być taki piękny. Poczułam się jakbym była w
jakieś bajce. Dom był ogromny i nowoczesny. Miał dwa piętra, był pomalowany na brzoskwiniowo. Białe
gzymsy, kolumny przed wejściem i wysoki, wielospadowy dach sprawiały, że
przypominał niewielki, nowoczesny pałac, a wielkie szklane okna dodawały mu
nietypowego uroku.
- Ty tu mieszkasz?
- A kto inny?
- Ile ja bym dała,
żeby mieć chociaż jedną czwartą takiego domu... -ale mogłam sobie tylko
pomarzyć.
- Nie przesadzaj wcale
nie jest taki duży...
- Nie jest duży? W
sumie to nie wiem. W końcu ja jestem biedna, a ty bogaty.
- Zawsze mogę ci
pomóc... - zaoferował się.
- Nie! Nie pozwolę, by
inni ludzie o mnie dbali. Nie będę żebrać. - zaczęłam chodzić w tę i z powrotem
- Jeśli moja mama nie da rady rzucę szkołę i zacznę pracować na pełny etat.
- Lilly. Nie możesz
rzucić szkoły.
- A to dlaczego? To
czego potrzebuję do życia już się nauczyłam. Po co miałabym tkwić w tej szkole?...
- Dla mnie.
- Co? - zatrzymałam
się w połowie kroku.
- Dla mnie. -
powtórzył. - Gdybyś rzuciła szkołę nie widywałbym cię tak często jakbym
chciał... – westchnęłam.
- Moglibyśmy skończyć
ten temat? – nie chciałam dłużej myśleć o tym co nas dzieli.- W taki piękny
dzień nie powinniśmy rozmawiać o tych sprawach. - chciałam zapomnieć o tym
wszystkim. O tym, że jestem biedna, że on taki bogaty. O tym, że zawsze będę ta
gorsza.
- To co. Idziemy czy
będziemy tak stać na ulicy i wgapiać się w mój dom? - Eric wyrwał mnie z
zamyślenia.
- Och no tak. Chodźmy.
- Już kilka osób spoglądało na nas z zaciekawieniem.
- A ja myślałam że na
twój dom jest ładny z zewnątrz.
- Nie przesadzaj. Nie
jest taki zły. - zażartował
- Wiem z zewnątrz jest
piękny, ale tu w środku... O matko. Nie
wiedziałam że dom może być taki genialny. - z przedsionka wchodziło się do
przedpokoju z dwoma czarnymi, skórzanymi kanapami i wielkim telewizorem plazmowym.
- Ale oprócz kartonów
to prawie nic tu nie ma. Umeblowaliśmy dopiero mój pokój salon oczywiście
kuchnię i łazienki.
- Nie szkodzi i tak
jest ładnie. Oprowadzisz mnie?
- Jasne. Chodźmy.
Zaczniemy od góry. - Dopiero teraz zauważyłam czarne, lakierowane schody bez
poręczy. Wystraszyłam się że spadnę a on chyba zrozumiał.
- Nie bój się. Nie
spadniesz. - Nie byłam tego taka pewna. Stopnie były wąskie na pół metra , a
wysokie na czterdzieści centymetrów . Powoli zaczęłam wchodzić do góry. Jeden
stopień, drugi, czwarty, siódmy, jedenasty. Spojrzałam w dół. Zachwalam się i
gdyby nie Eric na pewno leżałabym na ziemi.
- Ktoś tu musi się
nauczyć pewności siebie. - Szepnął - jak chcesz to mogę ci pomóc...
- Zobaczymy. Ok. Wejdę
do góry i możemy zwiedzać. - I tak oto stopień po stopniu wchodziłam coraz
wyżej. W końcu stanęłam na względnie bezpiecznej podłodze, a Eric za mną.
- I co? Nie było tak
źle. Prawda?
- Tylko dla tego że
mnie przytrzymałeś.
- Nie przesadzaj.
Jesteś zbyt skromna żeby się przyznać że dobrze się spisałaś. Nie doceniasz
siebie, a przez to ten brak pewności. Musisz poznać swoją wartość, a jest ona
naprawdę wysoka.
- Przesadzasz.
Nieważne co mi powiesz nie pomoże mi w utrzymaniu równowagi.
- Zobaczysz, że z moją
pomocą będziesz mogła zostać nawet siatkarką. Najpierw zdobędziesz pewność
siebie, a potem potrenujesz. Jesteś bystra i na pewno szybko załapiesz , że
jesteś świetna.
- Ale...
- Nie. Żadnego ale.
Mam starszą siostrę. Na pewno się polubcie. Ona ci pokaże jak robić wrażenie na
innych, a ja pomogę we pozostałych sprawach.
Nadal nie byłam pewna,
ale wydawało mi się że to dobry pomysł. W końcu umiałabym się bronić przed
Hannah i jej świtą. Mogłabym mieć lepsze oceny z wf-u i kilku innych
przedmiotów. Miałabym świadomość że coś umiem. Po raz pierwszy od tylu lat
byłabym kimś więcej. Ale z drugiej strony czego ja oczekuję? Przez dziesięć lat
byłam tą głupią niezdarą i nagle miałabym się zmienić? Chyba w snach. Ale co mi
tam spróbuję. Byle tylko być bliżej Niego. Może dzięki tym lekcją będę umiała
więcej zarobić na mamę i siostrę?
- W sumie to nie mam
nic do stracenia. Zgoda.
Tak
mijały dzień za dniem. Poznałam siostrę Erica i bardzo polubiłam. Co do niego
to byliśmy prawie nierozłączni. Po szkole chodziliśmy do mojej ulubionej
lodziarni. W pewną sobotę wstaliśmy bardzo wcześnie i poszliśmy na plażę
oglądać wschód słońca. Był jeszcze piękniejszy niż jakikolwiek zachód jaki
widziałam na żywo czy na zdjęciu. Trzymaliśmy się za ręce. Czułam jakąś
specjalną więź między nami, która z każdym dniem narastała i robiła się coraz
silniejsza.
Któregoś deszczowego
dnia kiedy razem z Erikiem siedzieliśmy w szkolnej stołówce poczułam irytujące
swędzenie na karku. Odwróciłam się i napotkałam natarczywe spojrzenie Thomasa
pełne wyrzutu i tęsknoty. Spuściłam wzrok. Kiedy odwróciłam się po raz drugi
Thomasa już nie było. Próbowałam go potem odnaleźć i zapytać o co mu chodzi,
ale jego nigdzie nie mogłam go znaleźć. Najwyraźniej mnie unikał. Weszłam na
dach szkoły i usiadłam na skraju. Moje nogi zwisały swobodnie dwadzieścia
metrów nad ziemią ale nie zwróciłam na to uwagi. Myślałam tylko o tym jaką
jestem egoistką. Zastanawiałam się jak mogłam dopuścić do tego ze Thomas mnie
unika. Traciłam go z dnia na dzień coraz bardziej. Poczułam jak wyrzuty
sumienia palą mnie od środka. Złapałam się za serce. Spadałam w nicość. Zewsząd
zapadła nieprzenikniona ciemność.
- Przeszkadzam? -
nareszcie jest. Usiadł obok mnie. Zapadła niezręczna cisza.
- Co ty sobie myślisz?
Szukam cię cały dzień.
- Wiem.
- Masz pojęcie jak ja
się martwiłam? - Nie odpowiedział - I co, nic mi nie powiesz?
- Uspokój się. To
raczej ja powinienem być wkurzony. Przynajmniej nie całowałem się z jakimś
chłopakiem, którego prawie nie znam. - więc o to chodzi.
- Czy ty przypadkiem
nie jesteś zazdrosny?
- W sumie to chyba
jestem. Tak. Jestem bardzo zazdrosny. I wiesz, kiedy wyjechałem uświadomiłem
sobie, że się zakochałem. Chciałem wrócić jak najszybciej i ją zobaczyć. Kiedy
w końcu wróciłem zobaczyłem jego. Podszedł do mnie i spytał czy widziałem
gdzieś Lilly. Wiedziałem że coś jest nie tak. Spotkałaś go w tym samym dniu, w
którym miałem przyjechać. Mogłem wrócić dzień wcześniej, ale wolałem zostać na
imprezie pożegnalnej. Gdybym tylko wiedział, wróciłbym wcześniej. O wiele
wcześniej, a ja głupi tam siedziałem i myślałem tylko o sobie. Zostawiłem cię i
myślałem, że nikt cię nie dotknie, a przecież wiedziałem, że jesteś
najpiękniejszą dziewczyną jaka kiedykolwiek chodziła po tej ziemi.
- Nie rozumiem… -
zmieszałam się. Miałam złe przeczucia.
- Lilly, jak to nie
rozumiesz? Ja cię kocham. Tu nie ma nic do zrozumienia.
Nie mogłam w to uwierzyć. Thomas,
mój najlepszy, jedyny przyjaciel jest we mnie zakochany. Miałam problem. Ja też
go kochałam, ale nie byłam w nim zakochana tak, jak w Eriku. Gdzieś w mojej
podświadomości zapaliło się czerwone światełko. No i co ja mam teraz zrobić?
Jeśli mu powiem, że nic do niego nie czuję, złamie mu serce. Ale ja go przecież
kocham, tylko trochę inny sposób niż on by chciał. Gdybym nie spotkała Erika,
albo gdyby Thomas wyznał co czuje pół roku temu, wszystko potoczyłoby się
inaczej. Miałam mętlik w głowie.
- Thomas, ja… -
wykrztusiłam – ja nie wiem, co powiedzieć…
- Nic nie mów.
Rozumiem. Wolisz jego ode mnie. Nie ma sprawy. To moja wina.
- Nie to nie prawda!
Po prostu zaskoczyłeś mnie… Jak długo?
- Zawsze… - popatrzył
na mnie smutno i odszedł.
Nie mogłam wykrztusić słowa. Chciałam,
żeby zaczekał, ale byłam jak sparaliżowana. Stałam tak, patrząc na niego, jak
odchodził. Chciałam za nim pobiec. Chciałam, żeby się odwrócił i powiedział, że
to wszystko to tylko jeden wielki żart.
Ale to niestety była prawda. Okropna
prawda, która paliła mnie od środka i kruszyła serce na drobne kawałki. Jakaś
cześć mnie właśnie w tej chwili umierała. Zdałam sobie sprawę, że już nic nie
będzie takie samo. Dlaczego moje życie musi być takie skomplikowane?
Zaczęłam chłodno kalkulować. Rodzice
mnie nie kochają, nawet ich nie znam, nie wiem czy wogóle żyją. Jestem
zakochana w chłopaku, którego pożąda każda dziewczyna w mojej szkole, nie wiem
czy to sen, ale jeśli tak, to pewnie niedługo zamieni się w koszmar. Nie jestem
jego warta. Taka biedna, debilowata niezdara nie dorówna żadnemu bogatemu
ciachu. I w końcu najgorsze, właśnie tracę najlepszego przyjaciela, który, jak
się okazuje, jest zakochany we mnie po uszy od bardzo dawna.
Dobra. Koniec z użalaniem się. Od
dzisiaj biorę się za siebie.
Robię jeden głęboki oddech, otwieram
oczy i wstaję. Nareszcie zaczynam wierzyć w siebie. Od dzisiaj Lilly będzie
lepszą osobą. Może właśnie takiej motywacji mi brakowało?
- Dzisiaj chyba odpuszczę sobie
lekcje – stwierdzam – Idę do domu.
***
- Hej, już jestem! –
otworzyłam drzwi i krzyknęłam.
- O, cześć córeczko.
Tak wcześnie? – mama uśmiechnęła się promiennie i przytuliła mnie. Pomimo tego,
że dużo pracowała, zawsze znajdowała trochę czasu dla mnie. – Mam coś dla ciebie,
kochanie.
Kazała mi zamknąć oczy i
zaprowadziła do salonu. Otworzyłam oczy. Na stole leżała gruba książka
zatytułowana ,,Historia i Tajemnice Indii”,
oraz dwa plakaty: jeden z krajobrazami tego kraju, a drugi z pięknym, białym
tygrysem, o błękitnych oczach, leżącym na tle wielkiej dżungli.
- Mamo… O jeju, nie
wiem co powiedzieć… Dziękuję, nie musiałaś… - zakłopotałam się.
- Nie dziękuj. Zrobiła
bym wszystko, byle tylko zobaczyć twój uśmiech, córciu. – uśmiechnęła się
ciepło.
- Kocham cię. – po
policzku pociekła mi łza. – Dziękuję za wszystko…
- O.. tylko mi się tu
teraz nie rozklejaj. Głowa do góry i idź się nacieszyć prezentami, a ja muszę
odpocząć po nocce w pracy. Za trzy godziny zaczynam pracę jako kelnerka na pół
etatu w tej kawiarni za rogiem.
Poszłam do pokoju i usiadłam na
łóżku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Moja sypialnia była utrzymana w ciepłych
kolorach. Ledwo widoczne ściany, cale pokryte plakatami z tygrysami były w
kolorze pomarańczowym. Meble były wykonane z jasno brązowego drewna. Na półkach
były poustawiane figurki tygrysów i hinduskich bogów. Nad biurkiem było trochę
wolnego miejsca, wiec wstałam i przykleiłam obydwa plakaty.
Ktoś zapukał do drzwi. Kto to mógł
być? Moja mama i siostra nigdy nie pukały przed wejściem.
- Można? – wszędzie
poznam ten jedwabisty głos.
- Hej, Eric. –
odwróciłam się do niego. Stał tam. Opalony i nieziemsko przystojny, niedbale
oparty o ścianę w moim pokoju. - Wszystko ok?
- Tak jasne. Tylko...
Po co przyszedłeś?-zapytałam zdziwiona.
- Chciałem sprawdzić
co u ciebie. - Moja brew powędrowała do góry - No dobra. Tak na prawdę to
tęsknię. Kiedy cię poznałem nie mogłem przestać o tobie myśleć. Od czasu kiedy
się całowaliśmy tylko ty chodzisz mi po głowie. I chyba chce więcej... Eh, to
brzmi tak strasznie źle.
- No co prawda to
prawda. - Zaśmiałam się - naprawdę tak myślisz?
- A po co miałbym
kłamać?
- No nie wiem. Może
żebym ci robiła prace domowe?
- Hej, to wcale nie
jest śmieszne. - Powiedział – Ehh, no może trochę.
- Pamiętasz jak wtedy
przed szkołą, po tym jak... no wiesz...
- Po tym jak się
całowaliśmy.
- Mhm. Wtedy
powiedziałeś do mnie coś w języku hindi.
-Skąd wiesz?
- Indie są moją pasją.
Umiem kilka słów w hindi. Uczyłam się trochę przez internet.
- No nieźle. W Indiach
mieliśmy pałac, ale trzeba było go sprzedać. Bardzo polubiłem ten kraj. Dosyć
często tam bywam.
- Poczekaj,
zmieniliśmy temat. Co to znaczy? - spojrzał na mnie nie rozumiejąc. - No co
znaczy to co mi wtedy powiedziałeś? Co znaczy: Mera sundara. Maim tumhem kabhi
nahim chorunga?
- Zapamiętałaś
wszystko?
- Jak mogłabym
zapomnieć? To powiesz mi w końcu co to znaczy? Wiem, że mera sundara to… moja
piękna, ale reszta jest za trudna. – policzki mi płonęły.
ON przysunął się do mnie bliżej.
- Moja piękna. Nigdy
cię nie opuszczę. – i pocałował mnie. Czułam jego boskie perfumy. Zamknęłam
oczy. Całował tak dobrze. Jego wargi były takie delikatne. Zatraciłam się w
marzeniach. Moja ręka powędrowała na jego kark. W tym momencie ktoś złapał za
klamkę. Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Alice. Zatrzymała się w pół
kroku i zasłoniła ręką usta, powstrzymując chichot.
- Mama mówi, że kolacja jest gotowa. Chce
zjeść razem z nami zanim pójdzie do pracy.
- W takim razie ja już
pójdę. – oznajmił zmieszany Eric.
- Nie, zostań. Będzie
nam miło. Nie martwcie się. Nic nie powiem. – puściła do nas oczko. Ta to
zawsze ma wyczucie czasu.
***
- Wstawaj Lil! Spóźnisz się do
szkoły! – zerwałam się z łóżka. Nagle zabrakło mi podłoża pod plecami i
wylądowałam na ziemi. Otworzyłam oczy. Nade mną stał nie kto inny jak Thomas.
Spojrzałam na kalendarz. No tak, była sobota, a ja podstępem dałam się
wyciągnąć z łóżka.
- Zostaw mnie w
spokoju. Jest sobota, ósma rano. O której ty wstajesz? - Próbowałam go wygonić
z pokoju. - Ej, czekaj... Kto cię tu w ogóle wpuścił?
- Ciocia. Właśnie
wychodziła do pracy.
- Ile razy mam ci
powtarzać żebyś nie nazywał mojej mamy ciocią. To irytujące.
- Nieważne.
Przyszedłem się pożegnać.
- C-co? Ale jak to?
- No po prostu. Jutro
jadę do Londynu. Na zawsze. Dostałem stypendium. Już nie jestem tu potrzebny.
- Nie... Tommy, proszę
zostań.
- Przykro mi, decyzja
podjęta. Za pół godziny mam pociąg.
- Ale... Twoi rodzice
cię potrzebują, przyjaciele... Thomas, ja cię potrzebuję. - Miałam łzy w
oczach. Dlaczego to się tak musi skończyć?
- Heh, najwyraźniej
już mnie nie potrzebujesz. Myślałem, że jesteś inna. Że jesteś normalna. On
robi z ciebie księżniczkę. Ja mam na to patrzeć?
- Thomas... Zależy mi
na tobie. - Tylko się nie rozpłacz, tylko się nie rozpłacz.
- Mi też zależało...
Kiedyś.
- Thomas, nie rób mi
tego.
- Już mnie nie
potrzebujesz. Wybacz, prawda boli. Ja dostałem prawdą w twarz, ty dostałaś w
palec. Zadzwoniłem po twojego księcia. Już powinien być. - Rozłożył ręce,
spojrzał na mnie ostatni raz, odwrócił się i wyszedł. Tak po prostu. Już go nie
było. Zanim zrozumiałam co się przed chwilą stało, usłyszałam ryk silnika i
jego motor odjechał z naszego podjazdu.
Usłyszałam
kroki na schodach. Do pokoju wszedł Eric. Podniósł mnie z podłogi i posadził na
swoich kolanach. Płacząc wtuliłam się w jego tors i zasnęłam.
***
Obudził
mnie mocny ból głowy. Słońce świeciło mi prosto w oczy. Próbowałam wstać, ale
coś ciężkiego przygniatało mój brzuch. Przewróciłam się na bok. Mój nos zderzył
się z czymś twardym i ciepłym. Spojrzałam w górę. Wpatrywały się we mnie te
czekoladowe, niewinne oczy.
- Byłeś tutaj przez
ten cały czas?
- Nie ruszyłem się
stąd ani na sekundę.
- Dziękuję, że tak się
mną opiekujesz.
- Nie dziękuj, nie
masz za co. To ja powinienem dziękować tobie, że pozwalasz mi być przy tobie.
Jak się czujesz? Thomas nie powinien tak zareagować.
- To jest okropne. Jak
on mógł coś takiego powiedzieć? Jak mógł wyjechać?
- Nie wiem. Nie mówmy
o tym. Zrobię ci coś do jedzenia. Jeszcze nie jadłaś śniadania.
- Która godzina? –
nagle zaburczało mi w brzuchu.
- W pół do pierwszej.
- Wkręcasz mnie.
- Nie, mówię prawdę.
Przespałaś pół dnia.
- Dobra, chodźmy na
dół. Zrobimy sobie górę naleśników.
- Nie mogę się
doczekać. Umieram z głodu.
- Ty? To ja nie jadłam
śniadania. Kto pierwszy, ten wybiera składniki. – krzyknęłam i wybiegłam z
pokoju. Potknęłam się na schodach, odbiłam od ściany i pognałam prosto do
kuchni. W drzwiach poczułam uścisk wokół mojej talii. Uniosłam się i znalazłam
z powrotem na korytarzu. Eric stał niedbale o blat kuchenny cicho się
zaśmiewając.
- Ładnie to tak
oszukiwać?
- Sorry, mała.
Jedzenie wygrywa z tobą jednym punktem.
- Ach tak? A czy
jedzenie potrafi tak? – podeszłam do niego i pocałowałam. Sama nie wiem
dlaczego. Tak jakoś wyszło. Po pierwsze miałam na to wielką ochotę, po drugie
chciałam wybierać składniki. Nie wyobrażam sobie naleśników bez nutelli.
- Dobra, wybieraj. –
westchnął i mruknął coś o graniu fair.
Wybrałam dżem, masło
orzechowe i oczywiście Nutellę. W tym czasie chłopak wyciągnął mleko, mąkę,
jajka i wymieszał wszystko ze sobą.
Po dziesięciu
minutach wyrosła wielka sterta pachnących naleśników. Usiedliśmy przy stole.
Złapałam pierwszego naleśnika z brzegu i obficie posmarowałam czekoladą z
orzechami. Spojrzałam na Erica i mało się nie zachłysnęłam sokiem. Na jego
talerzu leżała wielka naleśnikowa kanapka, zjedzona już do połowy.
- Ty to wszystko
zjesz?
- Tak, mogę zjeść
resztę?
- Poczekaj. –
nałożyłam na talerz jeszcze dwa naleśniki – Okey, nie krępuj się.
- Dzięki, kooocham
cię. – wpakował sobie dwa czekoladowe naleśniki do ust.
- Hahaha, masz Nutelle
na policzku. – nachyliłam się i dałam mu buziaka zlizując całą słodką masę.
Reszta dnia minęła nam na bitwie na
masło orzechowe, sprzątaniu i wygłupach. Zapomniałam o Thomasie i o tych
wszystkich rzeczach, które mi się ostatnio zdarzyły. Liczył się tylko Eric i
jego piękne, czekoladowe oczy.
I to jest niby 'brak talentu' :( <3 Pozazdrościć takiego braku :/
OdpowiedzUsuńUh, WhiteTiger... Weź mi nie kłam w żywe oczy...
UsuńUh, WhiteTiger... Weź mi nie kłam w żywe oczy...
UsuńNie kłamię, skarbie :* (bez skojarzeń, masz chłopaka)
OdpowiedzUsuń26 yr old Structural Engineer Wallie Ferraron, hailing from La Prairie enjoys watching movies like My Father the Hero and Crocheting. Took a trip to Ironbridge Gorge and drives a Ferrari 250 GT Cabriolet. wejdz tutaj
OdpowiedzUsuń